Przejdź do głównej zawartości

200 słów #03

oczywiście nic nie wyszło z mojego codziennego planu, ale wracam już, teraz, kiedy tylko znalazłam chwilę. właściwie to jej nie mam, powinnam iść wykąpać się, iść spać, coś tam, ale t. ma rację  - powinnam zastąpić słowo "powinnam" na działanie. no to działam.

w warszawie dzisiaj pada śnieg. dużo czasu spędziłam w domu domu. tam było pusto; w domu-niedomu też, i tak sobie dzisiaj kursowałam między tymi pustymi przestrzeniami. jeżeli czemuś sprzyja samotność w moim przypadku, to wyłącznie głupawym i desperackim pomysłom. dzisiaj już wpadłam na jeden, który był zdecydowanie taktycznym błędem.
rzecz w tym, że ja tak sobie o tym myślę, że pora zakończyć rozważanie działań w kategorii taktyczne-nietaktyczne, dostępne- niedostępne, no, bo boże, zaraz skończy się kolejny rok, a ja na tym samym mentalnym poziomie 17-latki. dzisiaj czytałam swoje pamiętniki z takiego mniej więcej wieku. jestem zaskoczona, jak niewiele się zmieniło w moim myśleniu od tamtej pory. dobra, nie wiem w sumie, czy jestem zaskoczona. wiedziałam przecież, ale to trochę szokujące, kiedy wpada w ręce taki namacalny i jasny dowód, że - jak zwykle, kurczę - miałam rację.

jestem poważną, dorosłą kobietą, panią dziennikarką, samodzielną - tylko czemu tak często muszę sama sobie o tym przypominać?

i kiedy dzisiaj już po skończeniu maratonu działań w domu-domu, zła trochę, bo wszystko się strasznie przedłużyło i to ponad dwukrotnie, w dość zwięźle określonym budżecie godzinowym, już miałam wstawać i wychodzić, moją uwagę przykuł film. to o tyle nietypowe wydarzenie, że ostatnimi czasy mało jaki film, czy serial, przyciąga moją uwagę na dłużej niż 30 minut. ale cameron diaz i asthon kutcher w "co zdarzyło się w vegas" to jak spełnienie najznakomitszej niedzielnej potrzeby. i tak zaległam, skoro i tak nie miałam już żadnych planów i oglądałam ten film.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

#200 słów 10000 słów, więcej niż 1000000000 słów

tak rzadko miewam czysty umysł, mam taki bałagan w głowie, że kiedy chcę go oczyścić to nie wiem nawet od czego zacząć. tak, jak bałagan w pokoju, albo nawet w całym mieszkaniu, kiedy wiesz, że najgorsze są łazienka i kuchnia, więc próbujesz zacząć od tych porozrzucanych wszędzie ubrań, ale potem wpadasz na pomysł, że zanim zaczniesz je układać w szafie, to wypadałoby ułożyć też te, które już w niej są i po chwili orientujesz się, że sterty wokół ciebie niebezpiecznie zwiększyły objętość, szafa lśni pustką, a ty czujesz, że prędzej zemdlejesz, niż ogarniesz to wszystko. no więc tak w wolnym tłumaczeniu można przedstawić moje życie. od wielu lat opieram swoje poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości na innych. moja terapeutka mówi, że we mnie są dwie wersje mnie - mała dziewczynka i dorosła kobieta. ta mała, która krzyczy, miota się i stawia niejasne, niewyartykułowane oczekiwania i ta dorosła, która jedyne co robi, to neguje, krytykuje, odsuwa od siebie i zakrzywia własną rzeczywi...

taxi vs. uber = traficar, czyli kto komu strzela w kolano

przeniosłam się w końcu na jakiś porządny portal, ten na którym byłam poprzednio chyba nie miał ochoty, żebym się tam uzewnętrzniała. jeśli ktoś w ogóle to czyta, to musi wiedzieć, że poprzednie wpisy były publikowane od grudnia, ale dzisiaj przekopiowałam je tutaj. kolejny dzień w pracy należy wykorzystać na rozwijanie umysłu, w związku z czym oto jestem i oto znowu dywaguję na temat rzeczy, z których muszę oczyścić głowę. znowu się dzisiaj spóźniłam przez moją pierwszą, dziewiczą przygodę z traficarem. o rety, jaki to jest wspaniały wynalazek! i o ile tańszy, niż uwielbiany przeze mnie dotychczas uber. żeby była jasność - najbardziej uwielbiam swój samochód, ale strefa płatnego parkowania w centrum Warszawy mnie wykańcza, ilość zaległych mandatów też i właśnie dzisiaj znalazłam doskonałą alternatywę. trasa, którą pokonałam kosztowała mnie mniej więcej połowę mniej, niż gdybym pokonywała ją uberem, a dodatkowo sama byłam sobie panią i nie musiałam ciągle pospieszać ociężałego kier...

analogia równowagi

tak to czasem jest, że kiedy siedzi się za kierownicą samochodu, kompletnie bez możliwości zanotowania jakiejkolwiek myśli, to właśnie wtedy przychodzi ich najwięcej. takich, które chce się zapisać i zapamiętywać. ale kiedy już znajdzie się ten moment, żeby przelać myśli, oczyścić umysł, to nagle okazuje się, że właściwie nie ma nic do oczyszczenia. i rzuca się takie banały, jak ten tu wyżej, bo przecież każdy o tym wie, że tak to właśnie bywa. jestem na takim zabawnym etapie swojego życia, że pomimo panującego w nim względnie porządku, jak by się tak nad tym głębiej zastanowić, wychodzi na to,  że jest tu wszystko, ale nie porządek. jestem w miłej relacji z miłym facetem, który najprawdopodobniej w końcu ode mnie zwieje, mimo ogromnych boże, mimo ogromnych czego? nie rozumiem dlaczego mam taką pustkę w głowie od paru tygodni. nie wiem, co się zmieniło w moim życiu, że brakuje mi słów. zaczęło się od angielskiego. znany jest mi ten język, nie gadam może jak rodowita angielka...