tak rzadko miewam czysty umysł, mam taki bałagan w głowie, że kiedy chcę go oczyścić to nie wiem nawet od czego zacząć. tak, jak bałagan w pokoju, albo nawet w całym mieszkaniu, kiedy wiesz, że najgorsze są łazienka i kuchnia, więc próbujesz zacząć od tych porozrzucanych wszędzie ubrań, ale potem wpadasz na pomysł, że zanim zaczniesz je układać w szafie, to wypadałoby ułożyć też te, które już w niej są i po chwili orientujesz się, że sterty wokół ciebie niebezpiecznie zwiększyły objętość, szafa lśni pustką, a ty czujesz, że prędzej zemdlejesz, niż ogarniesz to wszystko.
no więc tak w wolnym tłumaczeniu można przedstawić moje życie.
od wielu lat opieram swoje poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości na innych. moja terapeutka mówi, że we mnie są dwie wersje mnie - mała dziewczynka i dorosła kobieta. ta mała, która krzyczy, miota się i stawia niejasne, niewyartykułowane oczekiwania i ta dorosła, która jedyne co robi, to neguje, krytykuje, odsuwa od siebie i zakrzywia własną rzeczywistość.
otóż, droga Doroto, pora
nie, na nic nie jest pora. pora będzie wtedy, kiedy przyjdzie, a nie kiedy jedna dorota próbuje być mądrzejsza od drugiej. pani kasia ma rację, jesteście jedną osobą i musicie się ze sobą w końcu dogadać. żadna nie może niczego kazać drugiej - musicie znaleźć wspólne porozumienie, tak, jak znalazłyście wspólne ciało, bo inaczej rozsadzicie to ciało i dojdzie do tego na wasze własne życzenie.
od tego powinnam zacząć rozwiązywać swoje problemy. dzień po dniu udaje mi się was jakoś pogodzić, ale same wiecie, jak sprzeczne ze sobą bywacie. co ja mam z wami zrobić? to już trwa za długo, ja już nie mam na to siły.
od wielu lat opieram swoje poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości na innych - wracam do tego zdania, bo chociaż czułam w tamtej chwili, że chcę je napisać, to nie potrafiłam pociągnąć tematu. teraz jednak pociągnę go i zapytam was, drogie dziewczyny, dlaczego tak jest i która z was tak bardzo potrzebuje innych osób, żeby czuć się piękna, mądra i silna? a może to jest jedna z rzeczy, która was łączy? może potrzebujemy znaleźć więcej takich rzeczy, żeby dojść do porozumienia?
mam 25 lat. patrzę na świat z wiecznie zmarszczonymi brwiami, uśmiecham się albo za mało, albo za dużo, nigdy - zwyczajnie. marudzę, krytykuję, innych, siebie, zastanawiam się, czy w ogóle lubię ludzi, którym poświęcam czas, a potem, nagle, uzależniam od tych właśnie ludzi, swój humor. to, czy będę uśmiechnięta, czy będę nadąsana. a jeśli ludzie nie dadzą mi powodu, żeby być nadąsana, to któraś z was, moje drogie panie, podsyła mi do mózgu przynajmniej 4 różne wizje różnych z pozoru zupełnie błahych sytuacji w wersjach tak koszmarnych, że nawet jakby była was jedna, a nie dwie, z podwójną mocą, to by nie wytrzymała. ale wy jesteście dwie. i tak, jak czasem sprawiacie, że moje życie jest cudowne, tak samo łatwo zamieniacie je w horror i przecież ja to czuję, że to wychodzi z wnętrza mojej głowy. nikt mi nic nie robi, nikt mi nic nie mówi, to ja - ja sama!!! (czyli wy) robicie mi te projekcje i wrzucacie te popieprzone pomysły.
ja was nie rozróżniam, to jest mój problem. dziewczyny, na litość boską, przedstawcie się, powiedzcie mi, czego chcecie, albo chociaż czego nie chcecie, znajdziemy przecież jakiś punkt wspólny, który nie będzie wykańczał tej, która tkwi po środku tego wszystkiego, czyli mnie, mnie, która sama nie wie, kim jest, ani o co jej chodzi.
znów odbiegłam od tematu. mój chaos w pisaniu wynika z chaosu między wami i ten w życiu też. jeżeli nie dojdziecie w końcu do tego, że szkodzicie nam wszystkim i sobie wzajemnie, to
jestem zmęczona. tak bardzo
no więc tak w wolnym tłumaczeniu można przedstawić moje życie.
od wielu lat opieram swoje poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości na innych. moja terapeutka mówi, że we mnie są dwie wersje mnie - mała dziewczynka i dorosła kobieta. ta mała, która krzyczy, miota się i stawia niejasne, niewyartykułowane oczekiwania i ta dorosła, która jedyne co robi, to neguje, krytykuje, odsuwa od siebie i zakrzywia własną rzeczywistość.
otóż, droga Doroto, pora
nie, na nic nie jest pora. pora będzie wtedy, kiedy przyjdzie, a nie kiedy jedna dorota próbuje być mądrzejsza od drugiej. pani kasia ma rację, jesteście jedną osobą i musicie się ze sobą w końcu dogadać. żadna nie może niczego kazać drugiej - musicie znaleźć wspólne porozumienie, tak, jak znalazłyście wspólne ciało, bo inaczej rozsadzicie to ciało i dojdzie do tego na wasze własne życzenie.
od tego powinnam zacząć rozwiązywać swoje problemy. dzień po dniu udaje mi się was jakoś pogodzić, ale same wiecie, jak sprzeczne ze sobą bywacie. co ja mam z wami zrobić? to już trwa za długo, ja już nie mam na to siły.
od wielu lat opieram swoje poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości na innych - wracam do tego zdania, bo chociaż czułam w tamtej chwili, że chcę je napisać, to nie potrafiłam pociągnąć tematu. teraz jednak pociągnę go i zapytam was, drogie dziewczyny, dlaczego tak jest i która z was tak bardzo potrzebuje innych osób, żeby czuć się piękna, mądra i silna? a może to jest jedna z rzeczy, która was łączy? może potrzebujemy znaleźć więcej takich rzeczy, żeby dojść do porozumienia?
mam 25 lat. patrzę na świat z wiecznie zmarszczonymi brwiami, uśmiecham się albo za mało, albo za dużo, nigdy - zwyczajnie. marudzę, krytykuję, innych, siebie, zastanawiam się, czy w ogóle lubię ludzi, którym poświęcam czas, a potem, nagle, uzależniam od tych właśnie ludzi, swój humor. to, czy będę uśmiechnięta, czy będę nadąsana. a jeśli ludzie nie dadzą mi powodu, żeby być nadąsana, to któraś z was, moje drogie panie, podsyła mi do mózgu przynajmniej 4 różne wizje różnych z pozoru zupełnie błahych sytuacji w wersjach tak koszmarnych, że nawet jakby była was jedna, a nie dwie, z podwójną mocą, to by nie wytrzymała. ale wy jesteście dwie. i tak, jak czasem sprawiacie, że moje życie jest cudowne, tak samo łatwo zamieniacie je w horror i przecież ja to czuję, że to wychodzi z wnętrza mojej głowy. nikt mi nic nie robi, nikt mi nic nie mówi, to ja - ja sama!!! (czyli wy) robicie mi te projekcje i wrzucacie te popieprzone pomysły.
ja was nie rozróżniam, to jest mój problem. dziewczyny, na litość boską, przedstawcie się, powiedzcie mi, czego chcecie, albo chociaż czego nie chcecie, znajdziemy przecież jakiś punkt wspólny, który nie będzie wykańczał tej, która tkwi po środku tego wszystkiego, czyli mnie, mnie, która sama nie wie, kim jest, ani o co jej chodzi.
znów odbiegłam od tematu. mój chaos w pisaniu wynika z chaosu między wami i ten w życiu też. jeżeli nie dojdziecie w końcu do tego, że szkodzicie nam wszystkim i sobie wzajemnie, to
jestem zmęczona. tak bardzo
Komentarze
Prześlij komentarz