tak to czasem jest, że kiedy siedzi się za kierownicą samochodu, kompletnie bez możliwości zanotowania jakiejkolwiek myśli, to właśnie wtedy przychodzi ich najwięcej. takich, które chce się zapisać i zapamiętywać. ale kiedy już znajdzie się ten moment, żeby przelać myśli, oczyścić umysł, to nagle okazuje się, że właściwie nie ma nic do oczyszczenia. i rzuca się takie banały, jak ten tu wyżej, bo przecież każdy o tym wie, że tak to właśnie bywa.
jestem na takim zabawnym etapie swojego życia, że pomimo panującego w nim względnie porządku, jak by się tak nad tym głębiej zastanowić, wychodzi na to, że jest tu wszystko, ale nie porządek.
jestem w miłej relacji z miłym facetem, który najprawdopodobniej w końcu ode mnie zwieje, mimo ogromnych
boże, mimo ogromnych czego? nie rozumiem dlaczego mam taką pustkę w głowie od paru tygodni. nie wiem, co się zmieniło w moim życiu, że brakuje mi słów. zaczęło się od angielskiego. znany jest mi ten język, nie gadam może jak rodowita angielka czy tam amerykanka, ale mówię zrozumiale, a i sama wiele rozumiem. ale kiedy podszedł do mnie pewnego wieczoru pan w kolejce do toalety w jednym z przytulnych, acz hałaśliwych lokali z prostym pytaniem - czy to kolejka do toalety? - yes, proszę pana, to kolejka do toalety. ale tam jest też druga (ruchem ręki wskazując dalszy zaułek lokalu), tam może być mniej... mniej...
nieprzyzwoicie wydłużająca się cisza i moje niepewne "eee" spowodowało, że pan ten, mimo moich przecież jakże wielkich chęci na uprzejmość, omiótł mnie wzrokiem i bez żadnego dalszego słowa odszedł. TŁOCZNO, czy tego słowa ci zabrakło, pani elokwencjo?
no więc z pojedynczymi słowami to tak bywa, że czasem ich brakuje. problem robi się wtedy, gdy brakuje ich częściej i częściej, a potem okazuje się, że nie tylko po angielsku, ale także w tym rodzimym języku, jakim - w moim przypadku - jest oczywiście polski.
jak widać wyżej - to skrajne otępienie umysłu tężeje w mojej głowie i teraz już nawet nie wiem, co ja w ogóle miałam tam wyżej na myśli.
w każdym razie rzecz w tym, że na chwilę obecną jestem w miłej relacji z niekoniecznie pociągającym mnie mężczyzną. jednakże mimo mojego zupełnego braku aprobaty dla jego fizyczności, ma on kilka niezaprzeczalnych atutów. każdego dnia zastanawiam się co zwycięży w tej walce, owe atuty, których wolałabym (przynajmniej póki co) nie rozwijać, czy też ten brak aprobaty, który stanowi niemały problem, tak całkiem szczerze oceniając.
mam pracę, stałą - raczej, wśród ludzi od których - boże, jak to źle zabrzmi - czuję się o wiele lepsza. wiecie, to nie tak, że jestem jakaś zadufana, ale kiedy myślę sobie o tej całej ekipie, która o życiu wie tyle, ile mogą wiedzieć osoby pochodzące z jednoulicznych, jednorondowych i jednokościółkowych miejscowości, to jakoś tak czuję wiotczenie w rękach i dochodzę do wniosku, że lepiej skapitulować i dać odpocząć umysłowi, bo inaczej mogłabym oszaleć.
i mam tę pracę, której w gruncie rzeczy wcale nie chcę, bo nie tak sobie wyobrażałam mój zawód, żeby siedzieć jak w korpo i klepać w klawiaturę. co w takim razie chciałabym robić? mój boże. chciałabym chodzić do pracy chętnie, rano wstawać z sensem i żeby ten czas, tam, gdzie pójdę, upływał mi jak na najlepszej zabawie. zakpicie pewnie na głos teraz, ale powiem wam - to jest możliwe. znam ludzi, którzy tak żyją i przyznaję, że jest to inspirujące. i do tego właśnie będę dążyć, chociaż z tym dążeniem u mnie do celu to jest tak, że im mniej czegoś chcę, tym bardziej to dostaję. a dla równowagi, w kierunku odwrotnym dzieje się dokładnie analogicznie.
Komentarze
Prześlij komentarz