ostatnio rozmawiałam z T o tatuażach. on wpadł na kompletnie szalony pomysł, żeby sobie zrobić jeden, a ja mam z tym o tyle problem, że naprawdę nie wiem, co mogłabym sobie wytatuować na ciele na-zaw-sze, żebym nie żałowała tego za rok, dwa, dziesięć albo dwadzieścia lat.
myślałam o tym długo, nie to, że specjalnie pod tym kątem, ale naszła mnie któregoś razu taka myśl, że jest takie jedno zdanie, które w pewnym sensie jest dla mnie szczególne. brzmi ono:
są czasem takie dni.
może na pierwszy rzut nie brzmi ono specjalnie odkrywczo, ale nie o odkrywczość tu chodzi, a bardziej o niezwykłą wszechstronność i to, jak często i w jak skrajnych sytuacjach dane mi było tego użyć.
był kiedyś na przykład taki dzień, piękny, letni, słoneczny dzień, wolny zresztą, bo tylko te dni pozbawione pracy zwykłam nazywać pięknymi. i właśnie w taki piękny dzień umówiłam się z k w wilanowie. przyjechałam do niej na rolkach, siedziałyśmy w pełnym słońcu około godziny 15.00, a więc niemal w środku dnia, ja w rolkach, ona (chyba) po manikiurze i piłyśmy wino. białe, zimne, z lodem, w pełnym słońcu. szybko byłyśmy pijane, a pijaństwa z k (a było ich wiele) to jedne z piękniejszych pijaństw. w ogóle bardzo lubię z nią tracić kontakt z rzeczywistością, ale rozwinięcie tego tematu nie jest na dzisiaj.
no więc właśnie rzecz w tym, że są czasem takie dni. takie, że budzę się i jeszcze nie zdążę otworzyć oczu, a już mam sto myśli i wiem, że ten dzień będzie, kurwa, ciężki.
są czasem takie dni, że wkładam głowę w chmury i idę z techno w uszach do muzeum.
są czasem takie dni, że nie zmieniam pozycji z leżącej na żadną inną, ani piżamowej bluzki i wtedy w dużej mierze MARNUJĘ życie, jak by to powiedziała większość z was. a ja wam powiem - nie marnuję. to mój dzień, mój chillax i moje godziny spędzone w zapachu pościeli. i właśnie - są czasem takie dni.
myślałam o tym długo, nie to, że specjalnie pod tym kątem, ale naszła mnie któregoś razu taka myśl, że jest takie jedno zdanie, które w pewnym sensie jest dla mnie szczególne. brzmi ono:
są czasem takie dni.
może na pierwszy rzut nie brzmi ono specjalnie odkrywczo, ale nie o odkrywczość tu chodzi, a bardziej o niezwykłą wszechstronność i to, jak często i w jak skrajnych sytuacjach dane mi było tego użyć.
był kiedyś na przykład taki dzień, piękny, letni, słoneczny dzień, wolny zresztą, bo tylko te dni pozbawione pracy zwykłam nazywać pięknymi. i właśnie w taki piękny dzień umówiłam się z k w wilanowie. przyjechałam do niej na rolkach, siedziałyśmy w pełnym słońcu około godziny 15.00, a więc niemal w środku dnia, ja w rolkach, ona (chyba) po manikiurze i piłyśmy wino. białe, zimne, z lodem, w pełnym słońcu. szybko byłyśmy pijane, a pijaństwa z k (a było ich wiele) to jedne z piękniejszych pijaństw. w ogóle bardzo lubię z nią tracić kontakt z rzeczywistością, ale rozwinięcie tego tematu nie jest na dzisiaj.
no więc właśnie rzecz w tym, że są czasem takie dni. takie, że budzę się i jeszcze nie zdążę otworzyć oczu, a już mam sto myśli i wiem, że ten dzień będzie, kurwa, ciężki.
są czasem takie dni, że wkładam głowę w chmury i idę z techno w uszach do muzeum.
są czasem takie dni, że nie zmieniam pozycji z leżącej na żadną inną, ani piżamowej bluzki i wtedy w dużej mierze MARNUJĘ życie, jak by to powiedziała większość z was. a ja wam powiem - nie marnuję. to mój dzień, mój chillax i moje godziny spędzone w zapachu pościeli. i właśnie - są czasem takie dni.
Komentarze
Prześlij komentarz