Przejdź do głównej zawartości

200 słów #02

ostatnio rozmawiałam z T o tatuażach. on wpadł na kompletnie szalony pomysł, żeby sobie zrobić jeden, a ja mam z tym o tyle problem, że naprawdę nie wiem, co mogłabym sobie wytatuować na ciele na-zaw-sze, żebym nie żałowała tego za rok, dwa, dziesięć albo dwadzieścia lat.

myślałam o tym długo, nie to, że specjalnie pod tym kątem, ale naszła mnie któregoś razu taka myśl, że jest takie jedno zdanie, które w pewnym sensie jest dla mnie szczególne. brzmi ono:

są czasem takie dni.

może na pierwszy rzut nie brzmi ono specjalnie odkrywczo, ale nie o odkrywczość tu chodzi, a bardziej o niezwykłą wszechstronność i to, jak często i w jak skrajnych sytuacjach dane mi było tego użyć.

był kiedyś na przykład taki dzień, piękny, letni, słoneczny dzień, wolny zresztą, bo tylko te dni pozbawione pracy zwykłam nazywać pięknymi. i właśnie w taki piękny dzień umówiłam się z k w wilanowie. przyjechałam do niej na rolkach, siedziałyśmy w pełnym słońcu około godziny 15.00, a więc niemal w środku dnia, ja w rolkach, ona (chyba) po manikiurze i piłyśmy wino. białe, zimne, z lodem, w pełnym słońcu. szybko byłyśmy pijane, a pijaństwa z k (a było ich wiele) to jedne z piękniejszych pijaństw. w ogóle bardzo lubię z nią tracić kontakt z rzeczywistością, ale rozwinięcie tego tematu nie jest na dzisiaj.

no więc właśnie rzecz w tym, że są czasem takie dni. takie, że budzę się i jeszcze nie zdążę otworzyć oczu, a już mam sto myśli i wiem, że ten dzień będzie, kurwa, ciężki.
są czasem takie dni, że wkładam głowę w chmury i idę z techno w uszach do muzeum.
są czasem takie dni, że nie zmieniam pozycji z leżącej na żadną inną, ani piżamowej bluzki i wtedy w dużej mierze MARNUJĘ życie, jak by to powiedziała większość z was. a ja wam powiem - nie marnuję. to mój dzień, mój chillax i moje godziny spędzone w zapachu pościeli. i właśnie - są czasem takie dni.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

#200 słów 10000 słów, więcej niż 1000000000 słów

tak rzadko miewam czysty umysł, mam taki bałagan w głowie, że kiedy chcę go oczyścić to nie wiem nawet od czego zacząć. tak, jak bałagan w pokoju, albo nawet w całym mieszkaniu, kiedy wiesz, że najgorsze są łazienka i kuchnia, więc próbujesz zacząć od tych porozrzucanych wszędzie ubrań, ale potem wpadasz na pomysł, że zanim zaczniesz je układać w szafie, to wypadałoby ułożyć też te, które już w niej są i po chwili orientujesz się, że sterty wokół ciebie niebezpiecznie zwiększyły objętość, szafa lśni pustką, a ty czujesz, że prędzej zemdlejesz, niż ogarniesz to wszystko. no więc tak w wolnym tłumaczeniu można przedstawić moje życie. od wielu lat opieram swoje poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości na innych. moja terapeutka mówi, że we mnie są dwie wersje mnie - mała dziewczynka i dorosła kobieta. ta mała, która krzyczy, miota się i stawia niejasne, niewyartykułowane oczekiwania i ta dorosła, która jedyne co robi, to neguje, krytykuje, odsuwa od siebie i zakrzywia własną rzeczywi...

taxi vs. uber = traficar, czyli kto komu strzela w kolano

przeniosłam się w końcu na jakiś porządny portal, ten na którym byłam poprzednio chyba nie miał ochoty, żebym się tam uzewnętrzniała. jeśli ktoś w ogóle to czyta, to musi wiedzieć, że poprzednie wpisy były publikowane od grudnia, ale dzisiaj przekopiowałam je tutaj. kolejny dzień w pracy należy wykorzystać na rozwijanie umysłu, w związku z czym oto jestem i oto znowu dywaguję na temat rzeczy, z których muszę oczyścić głowę. znowu się dzisiaj spóźniłam przez moją pierwszą, dziewiczą przygodę z traficarem. o rety, jaki to jest wspaniały wynalazek! i o ile tańszy, niż uwielbiany przeze mnie dotychczas uber. żeby była jasność - najbardziej uwielbiam swój samochód, ale strefa płatnego parkowania w centrum Warszawy mnie wykańcza, ilość zaległych mandatów też i właśnie dzisiaj znalazłam doskonałą alternatywę. trasa, którą pokonałam kosztowała mnie mniej więcej połowę mniej, niż gdybym pokonywała ją uberem, a dodatkowo sama byłam sobie panią i nie musiałam ciągle pospieszać ociężałego kier...

analogia równowagi

tak to czasem jest, że kiedy siedzi się za kierownicą samochodu, kompletnie bez możliwości zanotowania jakiejkolwiek myśli, to właśnie wtedy przychodzi ich najwięcej. takich, które chce się zapisać i zapamiętywać. ale kiedy już znajdzie się ten moment, żeby przelać myśli, oczyścić umysł, to nagle okazuje się, że właściwie nie ma nic do oczyszczenia. i rzuca się takie banały, jak ten tu wyżej, bo przecież każdy o tym wie, że tak to właśnie bywa. jestem na takim zabawnym etapie swojego życia, że pomimo panującego w nim względnie porządku, jak by się tak nad tym głębiej zastanowić, wychodzi na to,  że jest tu wszystko, ale nie porządek. jestem w miłej relacji z miłym facetem, który najprawdopodobniej w końcu ode mnie zwieje, mimo ogromnych boże, mimo ogromnych czego? nie rozumiem dlaczego mam taką pustkę w głowie od paru tygodni. nie wiem, co się zmieniło w moim życiu, że brakuje mi słów. zaczęło się od angielskiego. znany jest mi ten język, nie gadam może jak rodowita angielka...