jest 3 grudnia i ruszam z moją codzienną dawką 200 słów.
200 słów to codzienna dawka oczyszczenia głowy, prywatna terapia i wstęp do nowego życia. jeszcze nie uzgodniłam sama ze sobą czym to będzie - codzienną anegdotką? wspomnieniem? wyobrażeniem? pewnie wszystkim po trochu.
dzisiaj będzie anegdotka.
***
jako, że naszedł już grudzień, a w tym roku jakoś inaczej - mimo niesprzyjających temu okoliczności - podchodzę do świąt bożego narodzenia, to dałam się namówić łk, a właściwie to sama po części byłam inicjatorką wypadu na jarmark bożonarodzeniowy. długo trwające dywagacje na tematy logistyczne tego przedsięwzięcia został ukrócone przez okoliczności, w związku z czym zrezygnowałam z wizji grzanego wina parującego z plastikowego kubka na rzecz samochodu.
i słów nie mam, jak dobrze się stało, bo jaki kubek, jakie wino? przychodzimy na miejsce, a tam trzy stoiska i jeden samochód pokazowy tesla. jedno stoisko puste, drugie podejrzane, a na trzecim... akcesoria dla psów. to ma być jarmark świąteczny? zniesmaczeni zdążyliśmy zmieszać organizatorów z błotem, oburzeni na oszustwo dotyczące czasu trwania wydarzenia (fejsbuk mówił, że do 19:00, była 17:00) już mieliśmy stamtąd iść, gdy okazało się, że... jarmark jest, owszem, ale w budynku. wewnątrz. jak można tak zepsuć magię jarmarków bożonarodzeniowych? - myślimy sobie, ale zmierzamy we wskazanym kierunku do wejścia.
bo ja jarmark widzę tak, o czym warto w tym momencie wspomnieć: grzane wino (jak wyżej), do wina w komplecie pajda chleba ze smalcem, dużo świątecznej tandety z warszawskimi wersjami góralskich ciupag na czele; oscypków, drewnianych aniołków, porcelanowych aniołków, aniołków z brokatem, aniołków do postawienia, zawieszenia, ozdób na choinkę, światełek, łańcuchów, bombek, niezliczona ilość tandetnego badziewia, na które w żadnych innych okolicznościach nie chcę patrzeć i tego właśnie pragnęłam dzisiaj i pragnę już od jakiegoś czasu...!
tymczasem na jarmarku bożonarodzeniowym w wilanowie zastałam kilkanaście stoisk z ubraniami (i to wcale nie świątecznymi); kilkanaście z biżuterią (jej też do świątecznej było daleko; mało tego - ceny np. bransoletek osiągały kwoty np. 400 zł, a wiecie, ja wierzę w wartość biżuterii, ale, na boga, 400zł za bransoletkę na stoisku zbudowanym z drewnianych palet...?) no i cała reszta mało świątecznych dupereli, od świeczek, przez ozdobne paski do aparatów fotograficznych (?) aż po jakieś farby do włosów.
ani śladu po żadnym grzanym winie ani innych takich.
wyszliśmy zniesmaczeni bardziej, niż wtedy, gdy ujrzeliśmy te trzy stoiska.
Komentarze
Prześlij komentarz