Przejdź do głównej zawartości

rzeczy miłe i przyjemne



życie stało się miłe i przyjemne kiedy odeszłam z pracy na początku maja.
jeśli miałabym być całkiem szczera, to był to najpiękniejszy miesiąc - maj 2017 - mojego życia. w każdym razie ostatnich kilku (zbyt wielu) lat mojego życia. ta mała przerwa, jaką sobie urządziłam i wykorzystałam ją na całego była dokładnie tym, czego potrzebował mój umysł i moje ciało. i jestem zadowolona, bo wykorzystałam ten czas na całego, chociaż dni wolnych nigdy nie jest za dużo, więc i ten miesiąc minął tak, że nie udało się uniknąć tego poczucia, że chcę więcej i więcej.

w każdym razie od kiedy się skończył, próbuję każdy wolny dzień wykorzystać całkowicie i robić same miłe rzeczy.
w związku z tym wczoraj, w niezbyt słoneczną (chociaż trochę) czerwcową niedzielę, poszliśmy z moją igłą w stogu siana na łódkę do parku w wilanowie. myślę, że to jedna z czynności, które będę wspominała z błogim uśmiechem już zawsze.

spakowaliśmy zestaw łódkowiczów - w techno worku znalazł się najwspanialszy głośnik na świecie, rozluźnienie płynne i inne i poszliśmy pływać po niewielkim, acz wystarczającym jeziorku wilanowskim. boże, jak tam jest pięknie. w ogóle te ogrody wilanowskie to miejsce, w którym ma się ochotę postawić piękny domek w prowansalskim stylu i z lekkim uśmiechem na twarzy codziennie rano otwierać okiennice, aby powiew zawsze wspaniałej pogody muskał ciało o poranku. do tego zapach świeżo mielonej kawy, na stole świeże kwiaty, a na sznurku świeże białe pranie.

każdy, kto tam był, wie o czym mówię. i każdy, kto był we wnętrzu pałacu w wilanowie wie, że ten obiekt powinien zostać wyburzony za swoją brzydotę.
dobra, może nie wyburzony - mógłby za to przejść gruntowną renowację, zmianę stylu, zmianę ogólną. natomiast ten, kto nie był wewnątrz, wiele może wywnioskować, z budyniowo-żółtego koloru elewacji tego przybytku. 

lubię sobie pójść czasem do muzeum, wsadzić głowę chmury, a w uszy techno. to są takie chwile w życiu, kiedy wszystko zostawiasz za drzwiami muzeum i jesteś tylko ty i to, co widzisz. muzyki nie słychać, to tylko przyjemny podkład do rozmyślania nad pięknem (lub jego brakiem).
tak to właśnie było pewnego razu, gdy wybrałam się do pałacu w wilanowie. i jezus, jakież to było rozczarowanie..!!! męczyłam się, chodziłam po tych wielkich pustych przestrzeniach, bo takich jest tam bardzo wiele, patrzyłam na obrazy, które wzbudzały we mnie poczucie, że wszyscy ci uwiecznieni tam ludzie byli bardzo źli i szukałam ulgi i ukojenia za oknami, których widok ukazywał mi ogrody. 

to nie jest tak, że jestem jakąś znawczynią sztuki. to jest natomiast tak, że lubię patrzeć na ładne rzeczy. i wiem, kiedy te rzeczy są ładne, a kiedy nie.




i znalazłam tam takich niewiele - jedną z nich był obraz Jana Matejki pt. Stańczyk.  jak go teraz googluję, to nie ma żadnej wzmianki, że znajduje się on w wilanowskim dobrobytku, tylko w warszawskim muzeum narodowym, co jest dość dziwne. ten obraz w każdym razie budzi spokój, taki, który przychodzi, gdy już wszystkie emocje opadają. błazen w czerwonym stroju siedzi zupełnie zrezygnowany, ze wzrokiem utkwionym w nieokreślony punkt i widać, że on już wie. wie, że stało się coś, na co on już nie ma wpływu, z czym musi się pogodzić, ale będzie to dla niego ciężka walka wewnętrzna. lubię takie obrazy, które pokazują emocje. inny obraz, który bardzo lubię, to dziewczynka z chryzantemami olgi boznańskiej, który wisi w muzeum narodowym w krakowie. on też pokazuje emocje, chociaż zupełnie inne niż obraz Stańczyk.

w pałacu w wilanowie jest bardzo dużo portretów - ludzi, którzy tam mieszkali, ich krewnych i krewnych ich krewnych pewnie w dziesięciu liniach. wszyscy ci ludzie mają śliską aparycję - taką, że nie potrafiłabym wykrzesać choćby odrobiny zaufania, gdybym miała wchodzić z nimi w jakiś interes. surowe ściany pałacu gdzieniegdzie pomalowane są na mdławe blado pastelowe kolory i przedstawiają nic-ciekawego, oprócz ewidentnego uwielbienia dla samych siebie.
to smutne, ze w tak pięknej okolicy, w tych przepięknych ogrodach, zamieszkiwali ludzie, którzy - nawet jeśli się mylę (może byli wspaniałymi dobrymi ludźmi o wielkich sercach) - którzy sprawiają takie śliskie i nieprzyjemne wrażenie.  
ostatnio czytałam mojej małej dziewczynce, bratanicy, bajki. wśród nich - tę akurat przeczytałam sama dla siebie - znalazłam mini legendę o wilanowie. w największym skrócie: byli sobie dwaj bracia, pokonali dręczącego ich wioskę smoka, stali się królami życia, dostali zamek, lud ich wielbił i odbiła im sodówka. odmówili pomocy staruszce, która pojawiła się w wiosce i szukała schronienia, a gdy go nie dostała od samolubnych braci, rzuciła na nich klątwę. w każdej legendzie jest ziarnko prawdy i o ile smok w wiosce mnie nie przekonuje, tak w złym potraktowaniu staruszki, jako przejawie złego ducha, widzę owe ziarno. 

byłam niedawno we florencji. to naprawdę przepiękne miejsce - wąskie uliczki, niskie zabudowania, knajpki z ogródkami - włoski klimat. to był piękny wypad, do pięknego miasta, choć nie tak powalającego jak sam rzym czy watykan. we florencji jednak istnieje pewien problem. wyczuwałam go od początku, wiedziałam, że coś jest tam nie tak i dopiero po powrocie do warszawy zdałam sobie sprawę co - tam unosi się zły duch, taki sam jak w pałacu w wilanowie. wiem, że to brzmi jak wariactwo, ale da się wyczuć czasem takie rzeczy, zwłaszcza, gdy powietrze jest od tego aż ciężkie. i już w warszawie okazało się, że miałam rację - medyceusze byli złymi ludźmi. ich ród dobrał się do władzy nie wiadomo jak, na zasadzie przekrętów i torowania sobie drogi po trupach - dosłownie - wielu ludzi ówcześnie ginęło w niewyjaśnionych okolicznościach, a medyceusze mordowali się nawet wzajemnie. 

ale wracając do tematu - warto odwiedzić ogrody pałacu w wilanowie. samego pałacu nie polecam. a ci, którzy tam mieszkają i mają widok na jeziorko z tym czerwonym mostkiem, to ludzie nieświadomi - albo i świadomi - szczęścia, jakie ich spotyka. my swoje szczęście znajdujemy czasem pływając tam na łódce, z pełnym ekwipunkiem. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

#200 słów 10000 słów, więcej niż 1000000000 słów

tak rzadko miewam czysty umysł, mam taki bałagan w głowie, że kiedy chcę go oczyścić to nie wiem nawet od czego zacząć. tak, jak bałagan w pokoju, albo nawet w całym mieszkaniu, kiedy wiesz, że najgorsze są łazienka i kuchnia, więc próbujesz zacząć od tych porozrzucanych wszędzie ubrań, ale potem wpadasz na pomysł, że zanim zaczniesz je układać w szafie, to wypadałoby ułożyć też te, które już w niej są i po chwili orientujesz się, że sterty wokół ciebie niebezpiecznie zwiększyły objętość, szafa lśni pustką, a ty czujesz, że prędzej zemdlejesz, niż ogarniesz to wszystko. no więc tak w wolnym tłumaczeniu można przedstawić moje życie. od wielu lat opieram swoje poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości na innych. moja terapeutka mówi, że we mnie są dwie wersje mnie - mała dziewczynka i dorosła kobieta. ta mała, która krzyczy, miota się i stawia niejasne, niewyartykułowane oczekiwania i ta dorosła, która jedyne co robi, to neguje, krytykuje, odsuwa od siebie i zakrzywia własną rzeczywi...

taxi vs. uber = traficar, czyli kto komu strzela w kolano

przeniosłam się w końcu na jakiś porządny portal, ten na którym byłam poprzednio chyba nie miał ochoty, żebym się tam uzewnętrzniała. jeśli ktoś w ogóle to czyta, to musi wiedzieć, że poprzednie wpisy były publikowane od grudnia, ale dzisiaj przekopiowałam je tutaj. kolejny dzień w pracy należy wykorzystać na rozwijanie umysłu, w związku z czym oto jestem i oto znowu dywaguję na temat rzeczy, z których muszę oczyścić głowę. znowu się dzisiaj spóźniłam przez moją pierwszą, dziewiczą przygodę z traficarem. o rety, jaki to jest wspaniały wynalazek! i o ile tańszy, niż uwielbiany przeze mnie dotychczas uber. żeby była jasność - najbardziej uwielbiam swój samochód, ale strefa płatnego parkowania w centrum Warszawy mnie wykańcza, ilość zaległych mandatów też i właśnie dzisiaj znalazłam doskonałą alternatywę. trasa, którą pokonałam kosztowała mnie mniej więcej połowę mniej, niż gdybym pokonywała ją uberem, a dodatkowo sama byłam sobie panią i nie musiałam ciągle pospieszać ociężałego kier...

analogia równowagi

tak to czasem jest, że kiedy siedzi się za kierownicą samochodu, kompletnie bez możliwości zanotowania jakiejkolwiek myśli, to właśnie wtedy przychodzi ich najwięcej. takich, które chce się zapisać i zapamiętywać. ale kiedy już znajdzie się ten moment, żeby przelać myśli, oczyścić umysł, to nagle okazuje się, że właściwie nie ma nic do oczyszczenia. i rzuca się takie banały, jak ten tu wyżej, bo przecież każdy o tym wie, że tak to właśnie bywa. jestem na takim zabawnym etapie swojego życia, że pomimo panującego w nim względnie porządku, jak by się tak nad tym głębiej zastanowić, wychodzi na to,  że jest tu wszystko, ale nie porządek. jestem w miłej relacji z miłym facetem, który najprawdopodobniej w końcu ode mnie zwieje, mimo ogromnych boże, mimo ogromnych czego? nie rozumiem dlaczego mam taką pustkę w głowie od paru tygodni. nie wiem, co się zmieniło w moim życiu, że brakuje mi słów. zaczęło się od angielskiego. znany jest mi ten język, nie gadam może jak rodowita angielka...