w ramach nowego planu na życie postanowiłam wyprowadzić się z domu. doszłam do wniosku, że to już ta pora - usamodzielnić się, pożyć trochę ze sobą i tak dalej. a przede wszystkim chciałabym zrezygnować z używania samochodu, co może i jest możliwe teraz, ale co najmniej nierozsądne. samodzielność samodzielnością, ale świadome przerzucanie się w obecnej sytuacji na komunikację miejską, co równałoby się z podróżą np. do pracy o długości około godziny w porywach do półtorej, w świetle obecnych około 25 w porywach do 35 minut jest dla mnie lekko mówiąc, porywcze.
wzięłam się więc za intensywne poszukiwania mieszkania. boże. warszawa i rynek mieszkaniowy to jest temat na całą rozprawkę. szczególnie bawi mnie taki obrazek, z którym zapoznałam się od kiedy śledzę te grupy mieszkaniowe na facebooku - jest taki ala news z telewizji i dopisek coś w stylu "ludzi z cenami popierniczyło" :) to tak w największym skrócie na ten temat.
wymagań mam - moim zdaniem - niewiele, a już na pewno nie jakichś wygórowanych. lokalizacja - z wygodnym i sprawnym dojazdem do centrum, czyli do pracy, ale nie zależy mi na metrze. cena - niekoniecznie 3 ani 5 tysięcy. standard? dowolny, ale plis, koraliki w drzwiach, dywany we wzorki pamiętające lata '70 i te sprawy - no nie.
i tu okazuje się, że muszę zmierzyć się z kontrą, gdyż zwyczajnie nie ma takich ofert. no nie ma.
dalej postanowiłam w takim razie zrezygnować z mieszkania i wynająć pokój. a tu to dopiero się zaczęło!
nawiasem mówiąc, bardzo przepadam za tymi, którzy wstawiają ogłoszenie, że szukają mieszkania/pokoju i dorzucają do tego swoje selfie. jakby ich wizerunek miał w tym jakkolwiek pomóc. myślę, że takie praktyki byłyby skuteczne w przypadku zboczeńców, poszukujących ofiar, żeby przygarnąć je do mieszkania, a potem podglądać ich łazienkowe poczynania przez dziurkę od klucza. czasem mam ochotę skomentować te zdjęcia z bliżej niedoprecyzowanym pytaniem, które w mojej głowie układa się w rząd znaków zapytania - o, takich: "????"
taki wynajem pokoju to w ogóle niemałe ryzyko. wiele osób tak żyje, jasne, rozumiem to coraz bardziej, zwłaszcza kiedy oglądam te oferty mieszkaniowe. ludzie, którzy podjęli się tego ryzyka na pewno mają wiele niesamwitych anegdotek i przeżyć na koncie związanych z ich współlokatorami.
na przykład moja przyjaciółka zamieszkała kiedyś (nie wiem w sumie jak to się stało) z taką dziewczyną. dziewczynę na potrzeby historii nazwę kasia. kasię nazywałyśmy "kasią bez żenady", bo kasia bez żenady, mimo swojej naprawdę niemałej tuszy, była całkiem tej żenady pozbawiona. na przykład - otwierała nam drzwi w kusym satynowym szlafroczku, albo w staniku sportowym, co niezmiennie zatykało powitanie w gardle i jakoś nigdy się do tych intrygujących widoków nie mogłyśmy przyzwyczaić (mówię w imieniu swoim i innych wizytujących przyjaciółkę koleżanek).
kasia beż żenady notoycznie grasowała w pokoju mojej przyjaciółki, kradła jej ubrania, używała jej kosmetyków i kładła się w jej łóżku, gdzie - bez żenady - oglądała sobie telewizję. leżąc. w pościeli mojej przyjaciółki.
kasia bez żenady oprócz swojej tuszy była wyjątkowo nieatrakcyjną dziewczyną. wiecie, dla mnie tusza nie ma większego znaczenia, znam mnóstwo przykładów kobiet o większych ciałach, ale z naprawdę ładnymi buziami. ta nie miała nic z tego. nawet brzydkie osoby zwykle mają chociaż ładne oczy, albo chociaż ładne usta. albo ladne włosy!
nie.
kasia bez żenady nie miała w sobie nic ładnego. miała za to nietypowo dużo pieniędzy, co było podejrzane i ubierała się w dość frywolne ciuszki, co można wyobrazić sobie wspomnianą wcześniej wizją satynowego szlafroczka na wejściu. nie powiem jakie miałyśmy podejrzenia. kasia beż żenady okazała się ostatecznie wariatką (taką poważnie, chorą osobą).
kasia lubiła wypić dużo piwa, a następnie krzyczeć przez okno w centrum warszawy "PENISYYYYY!!!!"
kasia uczyła włoskiego przez skype'a jakiegoś chłopca, o którym mówiła ludziom, że to jej narzeczony. biedny, nieświadomy chłopiec.
kasia bez żenady dopadła kiedyś mnie i k. w kuchni, gdzie siedziałyśmy z głową mocno włożoną w chmury. przyszła i zaczęła opowiadać nam o sukience, jaką sobie kupiła. o rety, zachwytom nie było końca! a jak już zabrakło jej przymiotników, postanowiła nam ją zaprezentować.
zniknęła w swoim pokoju, po czym raptem zaskoczyła nas, zupełnie nieświadome, niespodziewające się takiego rodzaju emocji.
w momencie, w którym krokiem wysuwistym wyskoczyła - dosłownie - zza rogu, atmosfera zgęstniała z prędkością wody zamarzającej na antarktydzie. nigdy nie widziałam, żeby tak gwałtownie wszystko stanęło w miejscu.
nigdy nie czułam, żeby tak raptownie głos utknął mi w gardle.
kasia wyskoczyła w sukience: bardzo obcisłej. tak bardzo, że jej nadmiar ciała ułożył się w wałki jakie ma ludzik michelin. sukienka nie miała ramion, kończyła się zbyt wysoko nad kolanem, miałą ogromny dekolt a przez całą jej długość szedł... suwak. easy access, wiecie ;)
że zdębiałyśmy, to za mało. to było w ogóle niezwykłe, jak nasze energie zmieszały się w tym małym kuchennym pomieszczeniu, jak wiedziałysmy dokładnie co druga ma głowie, bo miałyśmy dokładnie to samo. nie pamiętam, jak z tego wybrnęłyśmy, ale pamiętam, że ten szok towarzyszył nam jeszcze dlugo i długo nie potrafiłyśmy znaleźć słów, żeby go wyrazić, gdy później relacjonowałyśmy to innym.
to wspomnienie wydarzeń sprzed kilku lat naszło mnie podczas poszukiwań pokoju do wynajęcia. to wspomnienie spowodowało, że zaczęłam się zastanawiać, czy to jest w ogóle dobry pomysł. a może wy macie jakieś anegdotki, które zachęcą albo zniechęcą?
Komentarze
Prześlij komentarz