zawsze, kiedy ktoś mnie prosi, żebym powiedziała coś o sobie - milknę. to nie tak, że nie mam nic do powiedzenia. mam: dużo, często, lubię mówić, lubię mówić o sobie i lubię się wymądrzać. pomyślałam sobie więc, że może powymądrzam się tutaj.
zatem zobaczyłam gdzieś dzisiaj recenzję pewnej płyty. lubię czytać recenzje. lubię je też pisać (to chyba w ramach uwielbienia do wymądrzania się), ale o tym kiedy indziej. no więc czytam tę recenzję, na którą trafiłam zupełnym przypadkiem i nie mogę. nie znam tej płyty, o której owy autor - niejaki Marcin, napisał, chociaż znam muzykę, jaką tworzy ten konkretnie recenzowany artysta. to nie jest muzyka, która swoją prostą melodyjnością wpada w ucho i chcę ją nucić do momentu, aż zorientuję się, że właściwie to już mam zupełnie dość tej muzyki, ale nijak nie mogę pozbyć się jej z głowy. nie w tym rzecz, bo nawet jeśli płyta faktycznie jest słaba, to nie mam nic przeciwko, żeby ktoś wypowiedział się o tym głośno. Marcin jednak nie przykuł mojej uwagi samą swoją opinią - czyli jedyną słuszną formą zainteresowania, jaką mogłabym mu zaoferować, a jej treścią. czytając ją wyobraziłam sobie, jak siedzi, stęka i czerwieni się z wysiłku, żeby wpleść w absolutnie każde zdanie jakiś intelektualny smaczek. im bardziej wysublimowany i kreatywny, tym lepiej. a im dalej w las, tym robiło się gorzej, a jego egocentryczny onanizm wspinał się na wyżyny pseudo-przezabawnych wypocin. wiecie, jak wspomniałam, lubię czytać recenzje. lubię rozmawiać o kinie, które zresztą też bardzo lubię. ale nic mnie tak nie złości, jak pseudo-intelektualny bełkot. no, może jeszcze ludzie, którzy go chłoną.
Komentarze
Prześlij komentarz