Przejdź do głównej zawartości

nie umiem mówić o sobie, czyli coś o mnie

zawsze, kiedy ktoś mnie prosi, żebym powiedziała coś o sobie - milknę. to nie tak, że nie mam nic do powiedzenia. mam: dużo, często, lubię mówić, lubię mówić o sobie i lubię się wymądrzać. pomyślałam sobie więc, że może powymądrzam się tutaj.
zatem zobaczyłam gdzieś dzisiaj recenzję pewnej płyty. lubię czytać recenzje. lubię je też pisać (to chyba w ramach uwielbienia do wymądrzania się), ale o tym kiedy indziej. no więc czytam tę recenzję, na którą trafiłam zupełnym przypadkiem i nie mogę. nie znam tej płyty, o której owy autor - niejaki Marcin, napisał, chociaż znam muzykę, jaką tworzy ten konkretnie recenzowany artysta. to nie jest muzyka, która swoją prostą melodyjnością wpada w ucho i chcę ją nucić do momentu, aż zorientuję się, że właściwie to już mam zupełnie dość tej muzyki, ale nijak nie mogę pozbyć się jej z głowy. nie w tym rzecz, bo nawet jeśli płyta faktycznie jest słaba, to nie mam nic przeciwko, żeby ktoś wypowiedział się o tym głośno. Marcin jednak nie przykuł mojej uwagi samą swoją opinią - czyli jedyną słuszną formą zainteresowania, jaką mogłabym mu zaoferować, a jej treścią. czytając ją wyobraziłam sobie, jak siedzi, stęka i czerwieni się z wysiłku, żeby wpleść w absolutnie każde zdanie jakiś intelektualny smaczek. im bardziej wysublimowany i kreatywny, tym lepiej. a im dalej w las, tym robiło się gorzej, a jego egocentryczny onanizm wspinał się na wyżyny pseudo-przezabawnych wypocin. wiecie, jak wspomniałam, lubię czytać recenzje. lubię rozmawiać o kinie, które zresztą też bardzo lubię. ale nic mnie tak nie złości, jak pseudo-intelektualny bełkot. no, może jeszcze ludzie, którzy go chłoną.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

#200 słów 10000 słów, więcej niż 1000000000 słów

tak rzadko miewam czysty umysł, mam taki bałagan w głowie, że kiedy chcę go oczyścić to nie wiem nawet od czego zacząć. tak, jak bałagan w pokoju, albo nawet w całym mieszkaniu, kiedy wiesz, że najgorsze są łazienka i kuchnia, więc próbujesz zacząć od tych porozrzucanych wszędzie ubrań, ale potem wpadasz na pomysł, że zanim zaczniesz je układać w szafie, to wypadałoby ułożyć też te, które już w niej są i po chwili orientujesz się, że sterty wokół ciebie niebezpiecznie zwiększyły objętość, szafa lśni pustką, a ty czujesz, że prędzej zemdlejesz, niż ogarniesz to wszystko. no więc tak w wolnym tłumaczeniu można przedstawić moje życie. od wielu lat opieram swoje poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości na innych. moja terapeutka mówi, że we mnie są dwie wersje mnie - mała dziewczynka i dorosła kobieta. ta mała, która krzyczy, miota się i stawia niejasne, niewyartykułowane oczekiwania i ta dorosła, która jedyne co robi, to neguje, krytykuje, odsuwa od siebie i zakrzywia własną rzeczywi...

taxi vs. uber = traficar, czyli kto komu strzela w kolano

przeniosłam się w końcu na jakiś porządny portal, ten na którym byłam poprzednio chyba nie miał ochoty, żebym się tam uzewnętrzniała. jeśli ktoś w ogóle to czyta, to musi wiedzieć, że poprzednie wpisy były publikowane od grudnia, ale dzisiaj przekopiowałam je tutaj. kolejny dzień w pracy należy wykorzystać na rozwijanie umysłu, w związku z czym oto jestem i oto znowu dywaguję na temat rzeczy, z których muszę oczyścić głowę. znowu się dzisiaj spóźniłam przez moją pierwszą, dziewiczą przygodę z traficarem. o rety, jaki to jest wspaniały wynalazek! i o ile tańszy, niż uwielbiany przeze mnie dotychczas uber. żeby była jasność - najbardziej uwielbiam swój samochód, ale strefa płatnego parkowania w centrum Warszawy mnie wykańcza, ilość zaległych mandatów też i właśnie dzisiaj znalazłam doskonałą alternatywę. trasa, którą pokonałam kosztowała mnie mniej więcej połowę mniej, niż gdybym pokonywała ją uberem, a dodatkowo sama byłam sobie panią i nie musiałam ciągle pospieszać ociężałego kier...

analogia równowagi

tak to czasem jest, że kiedy siedzi się za kierownicą samochodu, kompletnie bez możliwości zanotowania jakiejkolwiek myśli, to właśnie wtedy przychodzi ich najwięcej. takich, które chce się zapisać i zapamiętywać. ale kiedy już znajdzie się ten moment, żeby przelać myśli, oczyścić umysł, to nagle okazuje się, że właściwie nie ma nic do oczyszczenia. i rzuca się takie banały, jak ten tu wyżej, bo przecież każdy o tym wie, że tak to właśnie bywa. jestem na takim zabawnym etapie swojego życia, że pomimo panującego w nim względnie porządku, jak by się tak nad tym głębiej zastanowić, wychodzi na to,  że jest tu wszystko, ale nie porządek. jestem w miłej relacji z miłym facetem, który najprawdopodobniej w końcu ode mnie zwieje, mimo ogromnych boże, mimo ogromnych czego? nie rozumiem dlaczego mam taką pustkę w głowie od paru tygodni. nie wiem, co się zmieniło w moim życiu, że brakuje mi słów. zaczęło się od angielskiego. znany jest mi ten język, nie gadam może jak rodowita angielka...