Przejdź do głównej zawartości

najlepsza pora na sen to ta, kiedy wiesz, że inni muszą wstać, a ty nie



jadę ostatnio do pracy, godzina gdzieś pomiędzy 6 a 7 rano, jeszcze kilka lat temu uznawana dla mnie prędzej za porę szykowania się do snu, niż wybudzania się z niego. teraz stanowi w pewnym sensie codzienność - to stwierdzenie jest mocno na wyrost, po prostu nauczyłam się doceniać poranny czas, który znacznie wydłuża całość dnia.

swoją drogą to też jest ciekawy temat na takie pisemne dywagacje, bo że czas i jego upływanie bywają zupełnie niewymierne, tak w godzinach porannych to jest jakaś zupełnie inna strefa, w której godzina trwa w przybliżeniu około 20 minut. schody zaczynają się dopiero koło godziny 10 w porywach do 12. od 12 do 15 czas płynie tak, jakby próbował mi udowodnić, że poranek szybko zleciał, owszem, ale równowaga musi zostać przecież zachowana, więc właśnie wtedy godzina trwa cztery. 

mimo tego, że jest czerwiec - a więc letni poranek, już nie świt, ale dzień jeszcze nie zdążył się rozgrzać, to temperatura zewnętrzna wcale nie jest zachęcająca do wyjścia bez żadnej wierzchniej warstwy. to zawsze problem dla podróżujących komunikacją miejską - brać rano kapotę i nie marznąć, ale tarmosić ją potem przez cały dzień w dłoni, czy nie wziąć, zmarznąć o poranku i zrujnować sobie w ten sposób cały dzień? 

jako posiadaczka samochodu eliminuję taki problem, zwykle wożąc na tylnej kanapie wachlarz wyboru na różne sytuacje - cienki płaszcz, grubsza kurteczka, hmm, może bluza?

rzecz w tym, że mimo mojej nauki doceniania czasu o poranku, niezmiennie doceniam też sen o poranku, wszak nie ma lepszej pory na sen, niż ta, w której wiesz, że inni już wstają, a ty nie musisz.
no cóż, ja muszę.
więc w trakcie jednej z takich podróży, pędziłam już spóźniona - jeszcze przed 7.00, ale obliczenia wykonane w pamięci bezlitośnie dostarczają mi pewności, że nie dotrę na czas do redakcji. wiem jak to jest, wiem, że niby przekraczanie prędkości pozwala ugrać jakieś groszowe sekundy/minuty na czasie dojazdu, ale nie jestem przekonana, czy w ogóle w to wierzę i prędzej bym obwiniała kiepski system sygnalizacji świetlnych i stanie zbyt długo na jednym czerwonym, po to, by za chwilę trafić na kolejne i znowu stać.
no i do tego w ogóle zmierzam, bo podczas takiego mojego właśnie porannego szaleńczego rajdu (bez przesady) zamierzałam zdążyć jeszcze na późne zielone światło, a nie zatrzymywać się na czerwonym.
jadę sobie sobieskiego, boże, te światła tam to dramat, ale jadę i widzę, że za chwilę zmieni się to cholerne zielone i zastąpi je czerwień zerkająca na mnie znad samochodu, błyszcząca swoimi złośliwymi czerwonymi oczami, śmiejąca się ze mnie, że oto ja, ha ha ha, myślałam,  że zdążę jej uciec, ach, ja naiwna...
a ja rzeczywiście naiwna, rzeczywiscie tak myślałam, więc dałam z siebie wszystko - wiesz, redukcja sportowa, i moje 120KM przyjemnie mruczy w uciesze, że trochę sobie pohasamy.

dopiero po chwili zorientowałam się, że to nie ma sensu, nie pohasamy, zawiodłam samochód, zawiodłam siebie i nie odzyskam tej minuty, którą stracę z czerwoną złośliwością nad głową. i kiedy rozpoczęłam proces gwałtownego hamowania, po tym naiwnym przyspieszeniu, kiedy docierałam jeszcze z dużą prędkością bliżej i bliżej przejścia dla pieszych i kiedy doskonale wymierzone szybkie hamowanie zakończyłam tuż przed białą linią wyznaczającą teren wroga (pieszych i rowerzystów), właśnie wtedy na jezdnię napatoczył się rowerzysta.

owinięty szczelnie jak na rowerową bitwę o miejsce przy koszu na śmieci przy przejściu tak, by można było oprzeć o nią nogę bez konieczności zsiadania z roweru, przejeżdża mi przed maską, posyła mi spojrzenie - najpierw z zainteresowaniem, któż to takie sztuki wyczynia, a potem, gdy już widzi mnie, ogarnia go niechęć.
mogłabym napisać, że chodzi mu o fakt, że to ja jestem tą, która może wozić różne warianty ubrań, a on, o 6 rano w czerwcu założył ciuchy z zimowej półki i będzie się z nimi bujał w dłoni do końca tego upalnego dnia.
i on patrzy na mnie, ja na niego, a wtedy on wykonuje ten jakże typowy, wymowny i bezczelny gest kręcenia głową.

ale nie w tym rzecz. w tym była głęboko zakorzeniona niechęć do kobiet-kierowców, to był jeden z tych, którzy uznają dzikie szaleństwa za objaw głupoty, a jeśli dodatkowo te rzeczy robi blondynka, to nie ma nic, jest tylko czarne i białe - głupia baba i słuszny mężczyzna.
ale koniec końców, to nadal niezaprzeczalny fakt, że będzie nosił swój polar do końca dnia, a ja wrzucę kurteczkę na tylne siedzenie.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

#200 słów 10000 słów, więcej niż 1000000000 słów

tak rzadko miewam czysty umysł, mam taki bałagan w głowie, że kiedy chcę go oczyścić to nie wiem nawet od czego zacząć. tak, jak bałagan w pokoju, albo nawet w całym mieszkaniu, kiedy wiesz, że najgorsze są łazienka i kuchnia, więc próbujesz zacząć od tych porozrzucanych wszędzie ubrań, ale potem wpadasz na pomysł, że zanim zaczniesz je układać w szafie, to wypadałoby ułożyć też te, które już w niej są i po chwili orientujesz się, że sterty wokół ciebie niebezpiecznie zwiększyły objętość, szafa lśni pustką, a ty czujesz, że prędzej zemdlejesz, niż ogarniesz to wszystko. no więc tak w wolnym tłumaczeniu można przedstawić moje życie. od wielu lat opieram swoje poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości na innych. moja terapeutka mówi, że we mnie są dwie wersje mnie - mała dziewczynka i dorosła kobieta. ta mała, która krzyczy, miota się i stawia niejasne, niewyartykułowane oczekiwania i ta dorosła, która jedyne co robi, to neguje, krytykuje, odsuwa od siebie i zakrzywia własną rzeczywi...

taxi vs. uber = traficar, czyli kto komu strzela w kolano

przeniosłam się w końcu na jakiś porządny portal, ten na którym byłam poprzednio chyba nie miał ochoty, żebym się tam uzewnętrzniała. jeśli ktoś w ogóle to czyta, to musi wiedzieć, że poprzednie wpisy były publikowane od grudnia, ale dzisiaj przekopiowałam je tutaj. kolejny dzień w pracy należy wykorzystać na rozwijanie umysłu, w związku z czym oto jestem i oto znowu dywaguję na temat rzeczy, z których muszę oczyścić głowę. znowu się dzisiaj spóźniłam przez moją pierwszą, dziewiczą przygodę z traficarem. o rety, jaki to jest wspaniały wynalazek! i o ile tańszy, niż uwielbiany przeze mnie dotychczas uber. żeby była jasność - najbardziej uwielbiam swój samochód, ale strefa płatnego parkowania w centrum Warszawy mnie wykańcza, ilość zaległych mandatów też i właśnie dzisiaj znalazłam doskonałą alternatywę. trasa, którą pokonałam kosztowała mnie mniej więcej połowę mniej, niż gdybym pokonywała ją uberem, a dodatkowo sama byłam sobie panią i nie musiałam ciągle pospieszać ociężałego kier...

analogia równowagi

tak to czasem jest, że kiedy siedzi się za kierownicą samochodu, kompletnie bez możliwości zanotowania jakiejkolwiek myśli, to właśnie wtedy przychodzi ich najwięcej. takich, które chce się zapisać i zapamiętywać. ale kiedy już znajdzie się ten moment, żeby przelać myśli, oczyścić umysł, to nagle okazuje się, że właściwie nie ma nic do oczyszczenia. i rzuca się takie banały, jak ten tu wyżej, bo przecież każdy o tym wie, że tak to właśnie bywa. jestem na takim zabawnym etapie swojego życia, że pomimo panującego w nim względnie porządku, jak by się tak nad tym głębiej zastanowić, wychodzi na to,  że jest tu wszystko, ale nie porządek. jestem w miłej relacji z miłym facetem, który najprawdopodobniej w końcu ode mnie zwieje, mimo ogromnych boże, mimo ogromnych czego? nie rozumiem dlaczego mam taką pustkę w głowie od paru tygodni. nie wiem, co się zmieniło w moim życiu, że brakuje mi słów. zaczęło się od angielskiego. znany jest mi ten język, nie gadam może jak rodowita angielka...