Przejdź do głównej zawartości

dziwne uczucie, zostać zastrzelonym

no więc miałam dzisiaj ten dziwny sen. był długi, wieloczęściowy i wydaje mi się, że przeżywałam niektóre momenty na jawie, wcale nie śpiąc. nie pamiętam kolejności, działo się tam dużo, ale istotne były dwie sceny. w jednej chwili byłam w sali kinowej i czekałam na film. długo czekałam, a gdy się zaczął, po dosłownie dwóch pierwszych scenach, wszyscy wstali i zaczęli wychodzić. zapytałam kogoś co się dzieje, a ten ktoś powiedział mi, że możliwe, że przyjdzie tu człowiek z bronią, więc oni wychodzą na wszelki wypadek, żeby mu się nie narażać. w razie, gdyby przyszedł. i że to jest normalne, że on tam tak sobie przychodzi. no więc też wyszłam.
druga scena jest taka: stoję na ulicy. jest piękny słoneczny dzień, a ulica, znana mi doskonale, na codzień zapełniona sznurem samochodów, w moim śnie zupełnie pusta. stoję tam, jestem ja i pięć innych osób. nie widzę ich i nie liczę, po prostu wiem, że pięć. przed nami idzie człowiek, trzyma w ręku pistolet i nie mówi nic, ale ja wiem, ze w jego głowie powstało założenie. bez powodu, bez wyjaśnienia, zamierza strzelać. do mnie i tych moich pięciu towarzyszy. robi to ruchem najbardziej naturalnej czynności na świecie, a ja obserwuję wszystko - jak podnosi rękę, celuje we mnie i czuję, że dostaję kulkę, prosto w głowę. czuję to, czuję jak ten metal przebija się przez moją czaszkę i nie boli mnie to ani trochę. jestem tam, wiem, że on mnie właśnie zastrzelił, że na mojej twarzy jest krater wielkości naboju. nabój tkwi w mojej głowie, nie wiem czy tkwi, może przebił ją na wylot, ale jestem tam dalej, świadoma sytuacji. mało tego, potrafię ją przekalkulować, zastanowić się nad nią i rozejrzeć dookoła. widzę, jak zabija resztę tych osób, ale jeden mężczyzna, którego nie potrafię teraz zidentyfikować i nie wiem czy potrafiłam w tym śnie, nie upada, jak reszta. stoi koło mnie i widzę, że przeżywa to co ja. patrzy na mnie, nie mówi nic, oboje wiemy wszystko, nie musi nic mówić.
we śnie uznaję, że skoro dalej jestem, stoję, to w dziwny sposób przeżyłam tego headshota, więc skoro nic mi nie jest, to mogę wrócić do życia. nie pamiętam dokąd poszłam, z kim się spotkałam, pamiętam, że ludzie pytali się mnie, czy na pewno dobrze się czuję i w którymś momencie poczułam, jak połowa mojej twarzy robi się gorąca. jestem przekonana, że czułam to też na żywo, nie tylko we śnie. dokładnie połowa, a uczuciu temu towarzyszy wrażenie, że to krew od tego strzału rozlewa się wewnątrz mojej czaszki, w dziwny sposób, skoro tylko na pół. nie potrafię sobie tego wyjaśnić i uznaję wtedy, że warto odwiedzić lekarza. szpital, jak to bywa w snach, okazuje się być tuż za rogiem, żeby się do niego dostać, muszę tylko pokonać coś w rodzaju wolno stojącego parkingu piętrowego. żeby zejść z jego betonowej konstrukcji na drogę, która będzie ostatnią prostą do szpitalnego wejścia głównego, muszę zeskoczyć, jak z niewielkiego betonowego murku. patrzę pod nogi, kalkuluję wysokość, wydaje się malutka, ale kiedy zeskakuję, okazuje się, że bardzo źle to wyliczyłam i strasznie się dziwię. pamiętam to zaskoczenie i wręcz oburzenie na samą siebie, że jak mogłam tak źle to ocenić. pokonuję tę ostatnią przeszkodę, równie zaskakujące okazuje się moje miękkie lądowanie po tym złym wyliczeniu i dochodzę do wejścia, gdzie wita mnie pielęgniarka i mówi coś do mnie. w pewnym momencie odchodzi i zostawia mnie tam. nie wiem, czy kazała mi czekać, czy po prostu mnie zostawiła, obudziłam się. była dokładnie 07:01.
podobno człowiek we śnie nie może umrzeć. dlatego prawdopodobnie przeżywałam dalsze przygody, mimo że byłam już zabita. to naprawdę niezwykłe, tak dokładnie i wyraźnie czuć strzał we własną głowę. a dzisiaj cały dzień czuję niepokój i wrażenie, jakbym się czymś strasznie martwiła. ale odpowiedź na pytanie czym, jest kompletnie rozmyta.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

#200 słów 10000 słów, więcej niż 1000000000 słów

tak rzadko miewam czysty umysł, mam taki bałagan w głowie, że kiedy chcę go oczyścić to nie wiem nawet od czego zacząć. tak, jak bałagan w pokoju, albo nawet w całym mieszkaniu, kiedy wiesz, że najgorsze są łazienka i kuchnia, więc próbujesz zacząć od tych porozrzucanych wszędzie ubrań, ale potem wpadasz na pomysł, że zanim zaczniesz je układać w szafie, to wypadałoby ułożyć też te, które już w niej są i po chwili orientujesz się, że sterty wokół ciebie niebezpiecznie zwiększyły objętość, szafa lśni pustką, a ty czujesz, że prędzej zemdlejesz, niż ogarniesz to wszystko. no więc tak w wolnym tłumaczeniu można przedstawić moje życie. od wielu lat opieram swoje poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości na innych. moja terapeutka mówi, że we mnie są dwie wersje mnie - mała dziewczynka i dorosła kobieta. ta mała, która krzyczy, miota się i stawia niejasne, niewyartykułowane oczekiwania i ta dorosła, która jedyne co robi, to neguje, krytykuje, odsuwa od siebie i zakrzywia własną rzeczywi...

taxi vs. uber = traficar, czyli kto komu strzela w kolano

przeniosłam się w końcu na jakiś porządny portal, ten na którym byłam poprzednio chyba nie miał ochoty, żebym się tam uzewnętrzniała. jeśli ktoś w ogóle to czyta, to musi wiedzieć, że poprzednie wpisy były publikowane od grudnia, ale dzisiaj przekopiowałam je tutaj. kolejny dzień w pracy należy wykorzystać na rozwijanie umysłu, w związku z czym oto jestem i oto znowu dywaguję na temat rzeczy, z których muszę oczyścić głowę. znowu się dzisiaj spóźniłam przez moją pierwszą, dziewiczą przygodę z traficarem. o rety, jaki to jest wspaniały wynalazek! i o ile tańszy, niż uwielbiany przeze mnie dotychczas uber. żeby była jasność - najbardziej uwielbiam swój samochód, ale strefa płatnego parkowania w centrum Warszawy mnie wykańcza, ilość zaległych mandatów też i właśnie dzisiaj znalazłam doskonałą alternatywę. trasa, którą pokonałam kosztowała mnie mniej więcej połowę mniej, niż gdybym pokonywała ją uberem, a dodatkowo sama byłam sobie panią i nie musiałam ciągle pospieszać ociężałego kier...

analogia równowagi

tak to czasem jest, że kiedy siedzi się za kierownicą samochodu, kompletnie bez możliwości zanotowania jakiejkolwiek myśli, to właśnie wtedy przychodzi ich najwięcej. takich, które chce się zapisać i zapamiętywać. ale kiedy już znajdzie się ten moment, żeby przelać myśli, oczyścić umysł, to nagle okazuje się, że właściwie nie ma nic do oczyszczenia. i rzuca się takie banały, jak ten tu wyżej, bo przecież każdy o tym wie, że tak to właśnie bywa. jestem na takim zabawnym etapie swojego życia, że pomimo panującego w nim względnie porządku, jak by się tak nad tym głębiej zastanowić, wychodzi na to,  że jest tu wszystko, ale nie porządek. jestem w miłej relacji z miłym facetem, który najprawdopodobniej w końcu ode mnie zwieje, mimo ogromnych boże, mimo ogromnych czego? nie rozumiem dlaczego mam taką pustkę w głowie od paru tygodni. nie wiem, co się zmieniło w moim życiu, że brakuje mi słów. zaczęło się od angielskiego. znany jest mi ten język, nie gadam może jak rodowita angielka...