są czasem takie dni, że w wyniku niejasno sprecyzowanych okoliczności, wszystko na drodze staje okoniem i mimo najszczerszych i najlepszych chęci, świat zwyczajnie nie chce współpracować.
jeden z takich dni miałam wczoraj.
pierwsza oznaka, to niepokojące spojrzenia każdego człowieka, jakiego napotyka się na drodze. u mnie wczoraj to była druga.
pierwsza, która mogła być dla mnie jasnym znakiem, że ten dzień nie będzie mnie oszczędzał, była karteczka za wycieraczką mojego samochodu.
"czy mogłaby pani ciszej jeździć? bo jest ciepło, a my mamy otwarte okna i samochody nam zagłuszają telewizję" - tak w wolnym tłumaczeniu brzmiała owa skierowana do mnie wiadomość.
mieszkańcy osiedla, na którym miało to miejsce słyną już z nietuzinkowych rozwiązań i pomysłów. otóż wyobraźcie sobie, że oni, w ramach walki z parkującymi wzdłuż uliczki samochodami, wymyślili, ze postawią tam... doniczki. teraz samochody, zamiast parkować pół-na chodniku i pół-na ulicy, to parkują po prostu całkowicie na ulicy, jeszcze bardziej zagradzając przejazd. miałam ochotę chodzić tam i bić im wszystkim brawo. naprawdę nie wiem, jak mogli nie przewidzieć takiego efektu i ciekawa jestem kto, w którym momencie zatwierdził w swojej głowie ten niebywale kretyński pomysł.
tam z parkowaniem w ogóle są problemy - a ponieważ to prowincjonalni ludzie (naprawdę, rzadko spotyka się aż tak wypełnione ludnością przyjezdną osiedla) to ich brak wielkomiejskiej wyobraźni spotyka się z kontrą ze strony warszawskich realiów.
tam nie ma miejsca na uprzejmości - nie kupiłeś miejsca? to nie będziesz parkował. możesz sobie parkować, gdzie tylko chcesz, ale nie u nas na osiedlu. to nic, że miejsca parkingowe stoją puste, bo właściciele z nich nie korzystają. to takie polaczkowe - sam nie korzystam, ale innemu też nie oddam/pożyczę.
trochę jednak odbiegłam od tematu przewodniego, chociaż w sumie sprowadza się on ostatecznie do podobnych konkluzji.
więc jak już odebrałam tę ciekawą wiadomość od nietuzinkowego sąsiedztwa (na szczęście nie mojego), skierowałam swoje kroki do sklepu spożywczego. po drodze nastąpił - zwykle występujący jako pierwszy - syndrom bezpowodowych wyjątkowo nieprzychylnych spojrzeń mijanych osób. później to ja zmuszona bylam posłać takie spojrzenie, bowiem pod owym sklepem pewien starszy pan w samochodzie obok mnie z niezwykłą zaciętością dłubał w nosie. ale to jak! całym łokciem kręcił, nie wystarczyło samym palcem, żeby dokopać się tam, gdzie chciał. a chciał chyba aż do samego mózgu, tak to przynajmniej wyglądało. następnie z równym zaangażowaniem to, co wyjął, wcierał sobie w dłonie, niczym super nawilżający krem do rąk, a pozostałości rozrzucał po swoim samochodzie. myślałam, że zemdleję z obrzydzenia.
kulminacją tego poranka była jednak inna sytuacja.
im jestem starsza, tym bardziej odkrywam naturę człowieka i to, jak zachwianie pewności siebie, każdy strach, wszystkie niepowodzenia przeradzają się w wielką małość. bardzo lubię to określenie - mały człowiek, to jedno z najbardziej wymownych epitetów jakie znam.
takich też małych ludzi, ciężkich od garbu własnych niepowodzeń spotkałam na drodze do pracy tego feralnego dnia.
jadąc lewym pasem widziałam przecież, że stoi samochód, który czai się, żeby zawrócić. wszyscy wiemy jak wiele niebezpiecznych manerwów wykonują kierowcy na codzień, ale cierpliwe oczekiwanie aż przejadą zbliżające się samochody to raczej podstawa zachowania przede wszystkim własnego bezpieczeństwa, nie mówiąc już o innych uczestnikach ruchu.
tymczasem ten samochód postanowił najwyraźniej za nic mieć bezpieczeństwo, pakując mi się pod maskę,na ten mój lewy pas dosłownie 3 metry ode mnie. rzadko trąbię, ale są takie skrajne sytuacje, w których po prostu trzeba.
no więc obtrąbiony samochód nerwowo zjechał na pas środkowy, a uprzejma pani kierująca już z daleka, zanim zdążyłyśmy się zrównać, oczekiwała na mnie ze środkowym palcem opatrzonym uroczym intensywnym różo-fioletem na paznokciu przyklejonym do bocznej szyby.
to taki przykry system obronny - robisz coś źle, ale obrażasz osobę, która zwraca ci na to uwagę.
no i tu zaczęła się cała zabawa. krótko później na światłach owa pani nie odważyła się podjechać na rówloległy pas, zeby się ze mną zrównać, mimo że z ulicznego ustawienia dokładnie taką okazję nadały jej okoliczności. nie, ona stanęła 2 metry z tyłu, żeby nie narażać się na dyskusje, na które nawiasem mówiąc zupełnie nie byłam nastawiona.
ale ta pani zawistność i małostkowość ma przecież ulokowaną w tym garbie niepowodzeń, więc proszę sobie wyobrazić, że - gdy już ruch nabrał ponownej płynności - najpierw sunęła za mną tak, żeby nie natrafić na konfrontację, a następnie urosła w niej odwaga. jak sądzę, katalizatorem mógł być jej towarzysz.
wynikiem tego podjechała tuż za mnie i jechała błyszcząc fioletem środkowego palca, który widziałam jedynie we wstecznym lusterku. miała przy tym niewiarygodny ubaw, śmiała się dziko, wykrzykiwala coś w pełni emocji, a wszystkiemu kibicował ten towarzysz. towarzysz to oddzielna historia - nie chcę oceniać, być surowa ani paskudna, ale mówiąc wprost - pani wyglądała jak emerytowana bywalczyni wylotówek i innych przyleśnych tras, a on, jak kierowca ciężarówki, skrzętnie korzystający z usług świadczonych przez tę część społeczeństwa.
i ten pan, proszę sobie wyobrazić, w pewnym momencie wyjął telefon i zaczął mnie nagrywać. nie tyle mnie, ile mój samochód. dokładnie to tył mojego samochodu, zmieniał też kadr na okolice i dużo czasu poświęcał rozemocjonowanej kierowczyni samochodu.
nasze drogi rozeszły się, gdy skręciłam w kierunku zgodnym z moją wytyczoną trasą, a oni pognali swym podstarzałym rumakiem w siną dal.
i tu pojawia się moje pytanie - jak to jest, że jak już wszystko dzieje się tak bez przyczyny, to nawet można w wyniku takich absurdalnych okoliczności zostać - być może - bohaterem YouTube? jak wiele tych wszystkich filmików, które są publikowane w internecie pochodzi właśnie z sytuacji, w których de facto przyczyną jest nagrywający,prowokujący, a nie ten nagrywany?
widzicie. jak pech, to pech. jak małostkowość i małość, to spotykana na każdym etapie dnia.
Komentarze
Prześlij komentarz