Przejdź do głównej zawartości

16 marca 2017

w ogóle to teraz zdałam sobie sprawę z tego, ile czasu minęło od mojej ostatniej wypowiedzi tutaj. ostatni wpis to ten o śnie z headshotem. do dziś pamiętam ten sen, zupełnie jakby to była scena, która rozegrała się na moich oczach minutę temu.
różne miewam sny, sny to w ogóle dziwna sprawa. czy to jest tak, że wtedy zapala się światło w jakichś najciemniejszych zakamarkach umysłu? ostatnio we śnie kupiłam obraz od karła. karzeł wyglądał jak pomocnik diabła (przysięgam), wmawiał mi, że owy obraz przedstawia jego dziadka i kazał mi samodzielnie wycenić jego wartość. a gdy transakcja była już ustalona, obraz przepadł. nie było po nim śladu. zbudziła mnie myśl, że karzeł pomyślał może, że to ja go ukradłam. a wcześniej ja pomyślałam, że to on nie chce mi go sprzedać, więc go ukrył. boże, ten sen też jawi mi się w głowie, jakbym to faktycznie przeżyła. myślę w ogóle, że mogło tak być.
w każdym razie apropo tego snu z postrzałem, to potem wpisywałam w sennik różne hasła i wyskakiwało mi głównie, że stracę dla kogoś głowę. krótko później, w tym całym międzyczasie, w którym byłam wszędzie, tylko nie tu, wydarzyła się rzecz, której nie zapomnę do końca życia, bo już od pierwszych chwil grawerowała we mnie piętno, a do końcowych ruchów używała rozgrzanej do czerwoności i ostrej jak brzytwa igły. myślę sobie, że ten sen mógł zwiastować nadejście właśnie tej całej sytuacji, jaka wydarzyła się w marcu 2017.
zrobiliśmy to, co uznaliśmy za stosowne. to była wspólna decyzja, niezmącona żadnymi wątpliwościami. poza tym jednym wieczorem, po proteście 8 marca, gdy nadrobiłam w półtorej godziny całe lata hamowania emocji. to też nie były wątpliwości, raczej dywagacje z kategorii tych najcięższych.
teraz to już jest za nami, chociaż widmo ciągle się gdzieś snuje, w małych sytuacjach i pozornie nic nie znaczących chwilach.
no i czwarty miesiąc mija, a ja nadal nie straciłam tej głowy. no to halo, senniku, ile jeszcze?

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

#200 słów 10000 słów, więcej niż 1000000000 słów

tak rzadko miewam czysty umysł, mam taki bałagan w głowie, że kiedy chcę go oczyścić to nie wiem nawet od czego zacząć. tak, jak bałagan w pokoju, albo nawet w całym mieszkaniu, kiedy wiesz, że najgorsze są łazienka i kuchnia, więc próbujesz zacząć od tych porozrzucanych wszędzie ubrań, ale potem wpadasz na pomysł, że zanim zaczniesz je układać w szafie, to wypadałoby ułożyć też te, które już w niej są i po chwili orientujesz się, że sterty wokół ciebie niebezpiecznie zwiększyły objętość, szafa lśni pustką, a ty czujesz, że prędzej zemdlejesz, niż ogarniesz to wszystko. no więc tak w wolnym tłumaczeniu można przedstawić moje życie. od wielu lat opieram swoje poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości na innych. moja terapeutka mówi, że we mnie są dwie wersje mnie - mała dziewczynka i dorosła kobieta. ta mała, która krzyczy, miota się i stawia niejasne, niewyartykułowane oczekiwania i ta dorosła, która jedyne co robi, to neguje, krytykuje, odsuwa od siebie i zakrzywia własną rzeczywi...

taxi vs. uber = traficar, czyli kto komu strzela w kolano

przeniosłam się w końcu na jakiś porządny portal, ten na którym byłam poprzednio chyba nie miał ochoty, żebym się tam uzewnętrzniała. jeśli ktoś w ogóle to czyta, to musi wiedzieć, że poprzednie wpisy były publikowane od grudnia, ale dzisiaj przekopiowałam je tutaj. kolejny dzień w pracy należy wykorzystać na rozwijanie umysłu, w związku z czym oto jestem i oto znowu dywaguję na temat rzeczy, z których muszę oczyścić głowę. znowu się dzisiaj spóźniłam przez moją pierwszą, dziewiczą przygodę z traficarem. o rety, jaki to jest wspaniały wynalazek! i o ile tańszy, niż uwielbiany przeze mnie dotychczas uber. żeby była jasność - najbardziej uwielbiam swój samochód, ale strefa płatnego parkowania w centrum Warszawy mnie wykańcza, ilość zaległych mandatów też i właśnie dzisiaj znalazłam doskonałą alternatywę. trasa, którą pokonałam kosztowała mnie mniej więcej połowę mniej, niż gdybym pokonywała ją uberem, a dodatkowo sama byłam sobie panią i nie musiałam ciągle pospieszać ociężałego kier...

analogia równowagi

tak to czasem jest, że kiedy siedzi się za kierownicą samochodu, kompletnie bez możliwości zanotowania jakiejkolwiek myśli, to właśnie wtedy przychodzi ich najwięcej. takich, które chce się zapisać i zapamiętywać. ale kiedy już znajdzie się ten moment, żeby przelać myśli, oczyścić umysł, to nagle okazuje się, że właściwie nie ma nic do oczyszczenia. i rzuca się takie banały, jak ten tu wyżej, bo przecież każdy o tym wie, że tak to właśnie bywa. jestem na takim zabawnym etapie swojego życia, że pomimo panującego w nim względnie porządku, jak by się tak nad tym głębiej zastanowić, wychodzi na to,  że jest tu wszystko, ale nie porządek. jestem w miłej relacji z miłym facetem, który najprawdopodobniej w końcu ode mnie zwieje, mimo ogromnych boże, mimo ogromnych czego? nie rozumiem dlaczego mam taką pustkę w głowie od paru tygodni. nie wiem, co się zmieniło w moim życiu, że brakuje mi słów. zaczęło się od angielskiego. znany jest mi ten język, nie gadam może jak rodowita angielka...